No nie wszystko da się zaplanować, nie wszystko.

Szpital mnie zaskoczył i w sumie do dziś ciężko mi stwierdzić, czy byłam aż tak chora, czy tylko tak się czułam. Ciężko stwierdzić. Myślę, że najprawdopodobniej tak się musiało stać – jak za każdym razem, kiedy potrzebuję jakiegoś bodźca, żeby cokolwiek zmienić. A zmiana była mi cholernie potrzebna, najwidoczniej był już najwyższy czas.

Bo nie dało się tak żyć. Zapieprzanie z miejsca w miejsce, ciągle w biegu, ciągle byle tylko zdążyć na pociąg do miasta, ciągle to, ciągle tamto i sramto. Zero czasu na związek. Zero czasu na życie, a jak już się zdarzył, to kosztem stresu, kosztem napinania grafiku i bólu głowy.

Myślałam, że mam mało obowiązków, ale nie oszukujmy się, było najebane do granic możliwości. Jak zwykle. Jak przez ostatnich dziesięć, czy tam nawet i więcej, lat.

W tej chwili wydaje mi się logiczne, że złożyłam wypowiedzenie w pracy, że przebukowałam lot, że nie zaliczę hiszpańskiego i że nie oddam pracy magisterskiej we wrześniu. A kiedy wyjeżdżałam z Niemiec, wszystko miało być inaczej. Miałam pisać publikację, miałam wrócić do pracy, mieliśmy jechać na urlop, miałam napierdalać z magisterką.

No ale jak widać, nie wszystko da się zaplanować.

Siedzę w moim pokoju w domu Polsce, ładnie wysprzątanym (dziś byłabym chyba w pracy.) Ponad dwa tygodnie leżałam. Dziś był w sumie pierwszy dzień jako takiej aktywności fizycznej. Głowa już w sumie nie boli, wszystko już lepiej.

A pierwsza noc w szpitalu była tak przejebana i naprawdę bałam się, że umrę. W sensie, że od kroplówki czy coś, bo jednak nie czułam się aż tak chora, żeby umierać, no ale szpitale w nocy naprawdę nie są za fajne.

No i podjęłam decyzję, że nie i chuj. Że nie będę już tak napierdalać, że zwolnię, że w sumie nie mam się dokąd tak śpieszyć. Bo tak naprawdę to tylko i wyłącznie ja narzuciłam sobie takie tempo życia. Inna sprawa, jak się ze wszystkim wyrabiam i jakiej to (w moim odczuciu) jest wszystko jakości. Jest nienajgorzej, ale mogłoby być lepiej.

Dużo zrozumiałam.

To przecież jasne, że parcie na sukcesy i osiągnięcia jest po to, żeby sobie coś wstawić w miejsce, gdzie powinnam mieć poczucie własnej wartości. Nie no, wartość też gdzieś tam jest, nawet ostatnio coraz więcej. Ale ciągle mało, a bywają momenty, że na minusie. A wiadomo, że osiągnięcia, że ramy, w których siedzę (a właściwie w których się miotam) jako tako trzymają to wszystko kupy. Długo jeszcze zejdzie, zanim tak naprawdę zrozumiem, że jestem wartościowa i bez tego. Że przede wszystkim, to jestem człowiekiem. Wiem, ale zawsze zapominam.

Chciałabym, żeby za miesiąc się okazało, że wszystkie te spontaniczne decyzje były po prostu częścią logicznej całości. W tej chwili absolutnie tego nie wiem. Mam już niby takie trochę uczucie, że tak, że nie mogło być inaczej, no ale nie wiadomo. Odeszłam z pracy i pójdę tam już tylko raz, żeby oddać klucz do biura. Niby miałam już dość, niby stwierdziłam, że mnie popierdoli, jeśli jeszcze raz będę musiała tam iść i jeśli ktoś mi zacznie narzekać, że dostał margarynę zamiast masła – a jednak wiadomo, są wątpliwości, no bo kurwa, bo nie mam jeszcze nowej pracy, bo nie wiadomo, co to będzie.

Ale przecież jakoś będzie. Pamiętasz Kate, co było rok temu. Jak rozwodziłaś się nad tym, że w Stuttgarcie jest tak łatwo o pracę, a tak trudno o mieszkanie. Jak srałaś się o to mieszkanie – i co, i było warto? Absolutnie nie, stało się to, co miało się stać. Wszystko skończyło się dobrze. A skoro masz mieszkanie, skoro masz na koncie awaryjny zapas pieniędzy, który wystarczy gdzieś do października, to dasz radę. Byłabyś frajerem, gdybyś do października nie znalazła jakiejkolwiek pracy. Będzie dobrze.

No ale wiadomo, jest stres. W każdym razie za tydzień o tej porze będę już w Niemczech i po rozmowie kwalifikacyjnej. A parę dni później przeczytam znowu tą notkę i będę już wiedziała. A denerwowanie się w tej chwili i psucie sobie jedynych dni w domu, gdy nic mnie nie boli, niczego nie zmieni i nie ma absolutnie najmniejszego sensu. Ale ja jestem Kate, ze swoją mądrą głową.

Równolegle w Niemczech Christian też kształtuje naszą przyszłość i pisze egzaminy. Oby to już naprawdę były ostatnie. Niby w to wierzę, ale to wszystko trwa już tak długo, mam już tak dość tych jego studiów i nauki i całego tego spierdolonego procesu, że trochę też i wątpię, choć nie powinnam. No ale staram się go wesprzeć.

Dear God. Nie muszę żyć tak, jak niektórzy z facebooka. Na razie proszę Cię tylko o to: niech Christian zda te egzaminy. Choć chyba będzie dobrze. I niech mi dadzą tą pracę. Proszę. Postawiłam wszystko na jedną kartę, przynajmniej w tej chwili. Proszę. No ale wiadomo – będzie, co ma być. A moje życie już tyle razy pokazało, że opcja, która na początku wydawała mi się jedyną, wcale nie była taką najlepszą.

Ogólnie w Niemczech jest teraz taki burdel i robi się tak niewesoło, że wcale nie chce mi się tam wracać. Naprawdę wolałabym chyba wrócić do Polski. Ale jest Christian i wiem jedno: wolę być z nim nawet w czarnej murzyńskiej dupie, niż sama gdziekolwiek indziej.

Cały czas dociera do mnie, jakim farciarzem jestem, mając takiego faceta. Nie, nie chodzi o to, że to chodzący ideał. Chodzi o to, że jest idealny dla mnie, w tej chwili, i w każdej późniejszej, i na zawsze. Dear God, dziękuję tak bardzo. Mam w sumie wszystko. Mam jego, studia, mieszkanie w Stuttgarcie. To, o czym zawsze marzyłam. A praca się znajdzie, no ale wiadomo, wiesz, jaka ja jestem cięta na tą karierę.

A może właśnie to znak, że trzeba wyluzować. No, ciekawe.

Szkoda mi, że jeszcze tylko dwa dni w domu, no ale przecież nie mogę siedzieć tu całe życie. Ogólnie wydaje mi się, że im starsza jestem, tym bardziej rośnie mi pępowina. Nie wiem, z czego to wynika. Może po prostu czuję się, mimo wszystko, bardzo samotna w tych Niemczech. A w domu jest naprawdę ok, z przerwami na jazdy, ale ok. Trzeba to jakoś ogarnąć. Pewnie ogarnie się samo, gdy zacznę normalnie żyć. A do normalnego życia potrzebna jest normalna praca i normalny tryb życia. Dear God. Wiem, że to małostkowe, prosić o pracę, ale wiemy obydwoje, że przez pracę wpędziłam się przed dwoma tygodniami do szpitala. I że chcę to zmienić. Także tego.

Ciekawe, co tu napiszę, kiedy będę pisać kolejną notkę. W każdym razie przeżyłam niezły punkt zwrotny – i w sumie punkt wyjściowy – a sytuacja była już taka, że po prostu trzeba było mi zmiany. Na cokolwiek. No to jeb, zmiana. I zobaczymy. W przyszłym tygodniu, albo lepiej za dwa, tu wrócę i zobaczymy.

Skończyłam 27 lat. Kurwa, jak to w ogóle brzmi.

Strasznie nie mogłam zabrać się za pisanie, choć może czasem trzeba było. Ale dziś mam naprawdę na to ochotę, no i w sumie to przyszedł maj – miesiąc, w którym dokonuję jednego z trzech corocznych podsumowań.

Co zdarzyło się w ciągu ostatniego roku mojego życia? Ano, trochę.

Przede wszystkim to to, że mieszkamy razem. Że związek taki super. Że seks jest taki, że w życiu bym sobie nie mogła wyobrazić, żeby mogło mi w ogóle tak być z facetem. Naprawdę, myślałam już, że to będzie niemożliwe, że całe życie będę udawać. A tymczasem od marca tego roku, w wieku 26 lat i po mniej więcej dziewięciu latach, odkąd jestem w temacie, uprawiam seks tak, że mnie to zadowala. I niczego nie chciałabym poprawiać, czy zmieniać. Biorąc pod uwagę całe moje życie i wszystkie moje doświadczenia, to jest to naprawdę praktycznie cud. Wiadomo, od początku było mi z nim lepiej, niż z kimkolwiek innym. Ale teraz to już jest taki wymiar tego „lepiej”, taka bliskość, takie zaufanie i zadowolenie, że tylko się cieszyć. I dziękować Dear Godowi, dziękuję przecież codziennie.
Ogólnie związek cały czas do przodu, naprawdę można. Wiadomo, w międzyczasie dużo stresu, brak czasu, zmęczenie. Ale pomimo to rozwijamy się. Nie boję się go już zapytać praktycznie o nic. Wszystko jest już tak normalne, tak oczywiste – ale w tym dobrym sensie. Ogólnie uczę się od niego nie komplikować. Och, jak ja bardzo potrzebowałam kogoś takiego, jak on. Jestem naprawdę szczęściarą. Warto było przeżyć całe gówno, które przeżyłam, żeby go po tym wszystkim spotkać i razem budować to, co mamy. Nic dodać, nic ująć. Czuję się tak pewnie, tak dobrze.

I tylko co wieczór, szczególnie, kiedy zasypiam sama, bo muszę rano wstać do pracy, leżę i wsłuchuję się w bicie mojego serca. Boję się śmierci. Z jednej strony wiem, że fizjologicznie nie powinna nastąpić tak prędko, a z drugiej – tyle widzę w szpitalu, tyle jest wypadków, tyle wiadomości. Boję się. O siebie, przede wszystkim o niego, gdy gdzieś jedzie samochodem. Bo chyba nie wierzę, że to szczęście jest nam tak do końca pisane.

A z drugiej strony to tylu ludzi żyje na tym świecie, właściwie to przecież większość żyje do końca życia, do starości. To czemu niby my mielibyśmy nie dożyć.

Niedawno potwierdziła się diagnoza moich nadnerczy i przez przypadek wyszły jeszcze problemy z przysadką. Czwartego lipca mam rezonans. Myślę, że to nic poważnego, no ale wiadomo, słabo, jeśli potrzebna będzie operacja albo kolejne leki. Nie czuję się źle, ale boję się, no wiadomo. Ale wolę poczekać do czwartego lipca, jakoś nie chce mi się szukać wcześniejszego terminu.

Przytyłam znowu, ok, nie jestem świnią, ale jest gorzej, niż było. W sumie to nie czuję się ze sobą tak źle, bo kilogramy zaskoczyły mnie razem z wiosną; wcześniej nie było ich widać. Ale za miesiąc jadę do Polski na wesele i wypadałoby jakoś wyglądać. Robię od nowa treningi, w sumie to naprawdę luz. Christian mnie akceptuje. Ja siebie w sumie też. Ale będzie lepiej :) W każdym razie nie mam już takiej obsesji na punkcie chudnięcia, wyglądu, mięśni, ciała. Najważniejsze to być zdrowym i czuć się dobrze.

Zmieniłam pracę, nowa nie jest jakaś zajebista, no ale już oczko lepiej. Studia już prawie ogarnięte, w przyszłym tygodniu powinnam skończyć analizować dane, no i do końca września chciałabym się wyrobić z napisaniem magisterki. I hip hip hurra, publikacja. Wiadomo, mogło być lepiej, zawsze może być lepiej, ale w tej chwili też jest super. Certyfikaty EBCL zdane. Niemiecki i hiszpański się robią. Nawet coś tam czytam o żywieniu w onkologii. Mogłam pracować wydajniej, lepiej zaplanować czas, ale i tak się wszystko udało. A ja nie jestem robotem, już nie.

Wiadomo, parę planów od tamtego roku się zmieniło. Praktyk nie zrobiłam, bo nie ma sensu, magisterka też gdzie indziej (ale to akurat bardzo dobrze). Ale poza tym szafa gra i naprawdę nie mam na co narzekać. Wiadomo, mam już te 27 lat. Fajnie by było znaleźć „normalną” pracę, zgodną z moim wykształceniem. Może Study Nurse. Może jako dietetyk. W sumie to naprawdę ciekawe, jak to się potoczy :) Fajnie, jakby Christian się oświadczył. O, i jakbyśmy dużo podróżowali. Jakbyśmy za rok o tej porze mieli już takie życie, jakie mają normalnie nasi rówieśnicy. Ale w sumie to będzie, czemu nie. Obyśmy tylko byli zdrowi. I żywi :) Reszta się zrobi.

Otworzyłam się na ludzi, w sumie to normalnie rozmawiam, mam jakichś tam znajomych. Wiadomo, brakuje przyjaciół, ale to nic nowego. Starzy się wykruszają, ale co zrobić. Życie nauczyło mnie, że ludzi po prostu trzeba spotkać. Nie ma co szukać na siłę. Ale i tak już jest dużo, dużo lepiej. W sumie to jest lepiej, niż kiedykolwiek.

Oby tylko nic mi nie wyszło w tym rezonansie w lipcu. Ale nie wyjdzie, będzie dobrze.

Hello 2017

1 komentarz

Miałam napisać w grudniu, no ale wiadomo, nie wyszło.

Wiadomo, jak co roku (i jak trzy razy do roku) czytam, myślę, podsumowuję, planuję. 2016? Bunkrów nie było, ale było dobrze.

Najlepsze w tym roku to to, że od marca jest już ze mną Christian. I że od września mieszkamy sobie już w naszym mieszkaniu, o którym to pisałam rok temu. I że był teraz ze mną w Polsce na święta – mało czasu, oboje musieliśmy się uczyć, ale pojedziemy tam jeszcze wiele, wiele razy. Ogólnie to fajnie było w domu. Teraz, kiedy już w miarę z dystansem podchodzę do mojej rodziny, jest naprawdę ok. Christianowi też się podobało.
Nasz związek ciągle się rozwija, choć to już ponad dwa lata. Ogólnie to dokładnie dwa lata temu przyjechałam do niego do Niemiec. Ciężko już mi sobie przypomnieć, jak to wtedy było. Dziś nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że był taki czas, że on nie był mi bliski. I że był taki czas, że go nie znałam. Związek jest super, strasznie go kocham, on kocha mnie, a ja do dziś nie rozumiem, dlaczego :)
Mam nadzieję, że 2017 przyniesie nam więcej czasu dla siebie. Ale w sumie tak właśnie powinno być.

Ja? Przebiegłam maraton i półmaraton, ale od czerwca treningi leżą i kwiczą, bo najpierw egzaminy, potem przeprowadzka, no i jakoś ciężko było potem się zebrać. Mam zamiar zacząć jakoś w tym tygodniu. W sumie to nawet nie przytyłam jakoś bardzo, ale kondycja do niczego. No ale będzie lepiej :)
Ogarnęłam studia. Został mi już tylko jeden egzamin i praca magisterska. Będzie dobrze. Na początku nie miałam pojęcia, czy i jak dam radę – a teraz mam średnią 2.3. I wczoraj napisałam egzamin na pierwszy z trzech biznesowych certyfikatów. Zaczęłam się uczyć hiszpańskiego, jest spoko. Mam jako takie pomysły na siebie, ale nie wiadomo, co mi się uda.
Co za rok? Fajnie by było się dostać na Management Trainee, ale z drugiej strony to oznacza na 100%, że przez dwa lata nie będziemy mieszkać razem. Ehh. Może w Stuttgarcie coś się trafi. W sumie to absolutnie nic nie trzyma nas w tym mieście, ale znalezienie mieszkania i przeprowadzka to był taki horror, że na razie wolałabym tego nie powtarzać. I na pewno wolałabym codziennie zasypiać i budzić się obok niego – a z drugiej strony są te wszystkie godziny, dni, lata, spędzone na studiowaniu. Ale może uda się coś znaleźć w Stuttgarcie. Rok to jeszcze dużo czasu.

Co chciałabym osiągnąć w tym roku?
Certyfikat B2 z hiszpańskiego. EBCL Manager. Zrobić projekt do mojej pracy magisterskiej i we wrześniu obronić. Poprawić niemiecki. Ogarnąć Office, SPSS i SAP. Może jeszcze jakiś kurs Project Management. Czyli w zasadzie kontynuacja wszystkiego, co już w tej chili zaczęłąm.
Wrócić do treningów. W sumie w tej chwili czuję się ze sobą naprawdę dobrze, choć był czas, że wyglądałam lepiej i byłam dużo bardziej sprawna fizycznie. Ale dzięki Christianowi naprawdę akceptuję siebie, bo on uczy mnie, że nie muszę być nie wiadomo jak idealna. W każdym razie jednak lepiej będzie wrócić do zdrowego trybu życia i przy okazji nakłonić do tego jeszcze jego :)
Rozwijać związek, zacząć gdzieś jeździć, wychodzić, cieszyć się życiem. Od wiosny powinno już być lepiej.
Pod koniec roku zacząć się rozglądać za pracą. W sumie nie stresuję się tym jakoś nie wiadomo jak, bo do dziś wszystko tak dobrze się ułożyło. Spróbuję na to Trainee, to byłoby super dla kariery – a z drugiej strony jest związek, który jest jednak dla mnie ważniejszy. Ale wiem też, że nie będę do końca szczęśliwa, jeśli nie będę mieć pracy, z której będę zadowolona.

No zobaczymy. Mój blog już od tylu lat pięknie dokumentuje, że marzenia mogą się spełniać, a plany mogą się zmieniać. Że niczego nie da się przewidzieć. I że w sumie tak naprawdę dostajemy od losu i tak to, co jest nam pisane – wiadomo, przyczyniamy się do tego swoją pracą, pomysłami, ale moim zdaniem i tak większość jest dziełem szczęścia i przypadku. Albo Dear Goda. Dear God jest tam gdzieś, i steruje, i ja wierzę, że wszystko będzie ok. Oby tylko być zdrowym, i razem.

Kolejne podsumowanie w maju. No, ciekawe, jak to wszystko się rozwinie :)

Dużo się zdarzyło w międzyczasie – przeprowadzka, zmiana pracy, pozdawane egzaminy. Dużo stresu, ale już po wszystkim. Mamy bardzo fajne mieszkanie, kosztowało to parę tygodni stresu, ale udało się. Nowa praca też mi odpowiada, w zasadzie już wszystko ogarniam.

Czyli w zasadzie rok studiowania za mną. Co się wydarzyło? Co było rok temu? Niby nie było źle, ale dalekie to było od zajebistości, szczególnie, gdy patrzę na to wszystko z dzisiejszej perspektywy. Zero kontaktu z ludźmi. Kompleksy, stres, nauka, a właściwie to rzyganie informacjami, brak czasu, pośpiech. Nie było lekko, ale ogarnęłam. Od marca był już Christian, dużo mi to pomogło. Powoli nawet zaczęłam się jako tako socjalizować, wiadomo, dalekie to od normalności, ale jak na moją mądrą głowę to i tak już są duże postępy.

Ogarnęłam egzaminy na studiach, no wiadomo, oceny mogły być lepsze, ale naprawdę robiłam, ile się dało i rzygałam już tym wszystkim. Fajnie, że udało się z angielskim. Fajnie, że udało się z hiszpańskim i że mogłam zacząć teraz, po pół roku nauki, kurs B2. Chciałabym też poprawić niemiecki i zapisałam się na kursy. No i ogólnie, kursy, soft skille, takie tam pierdoły. Na pewno czuję się w Niemczech trochę lepiej, myślę, że z czasem będzie już tylko pewniej i pewniej. Plany na przyszły rok? Przeprowadzić projekt i ogarnąć magisterkę. Zrobić certyfikat B2 z hiszpańskiego i C1 z niemieckiego. Zrobić dwa certyfikaty biznesowe. Ogarnąć wiedzę z żywienia człowieka, żywienia klinicznego, fizjologii i biochemii – bo tyle jest ciekawych rzeczy, które powinnam wiedzieć. Za rok o tej porze chciałabym w miarę szukać normalnej pracy. Oby się udało.

Nie jestem już w stanie wyobrazić sobie, że nie mieszkam z Christianem. Ogólnie po dwóch miesiącach delikatnego docierania się jest naprawdę super. To chyba najlepszy czas w moim życiu, chyba właśnie się zaczął. Durne egzaminy już za mną – wiadomo, niby nic, niby głupie egzaminy, ale wkurwiają, bo bez nich nie ruszy się do przodu. Ale zaliczone. Nie mam już tyle stresu i dość dobrze wpływa to na związek. Czasem przeszłość się odzywa, jakieś dwa tygodnie temu było bardzo źle, chciałam już iść do psychologa, ale po zajęciach z Eriką poczułam się dużo, dużo lepiej. I po ćwiczeniu ze skupianiu się na chwili, na tym, co tu i teraz. Tak bardzo dobrze mi z nim. Jesteśmy razem w zasadzie już dwa lata. Po dwóch latach wszystkie moje związki były w stanie ostrego spierdolenia – a z Christianem wszystko jest codziennie lepiej. To chyba najlepszy czas w moim życiu. Obyśmy tylko byli zdrowi, dear God, i wszystko będzie dobrze. Podstawa do związku jest mega, teraz niech się tylko po prostu rozwija swoim życiem.

Fajnie, że miałam zajęcia z Eriką, bo trochę dały mi kopa i znowu mi się chce. I powoli będę robić swoje, teraz już mam nadzieję bez wielkiego stresu. I będzie dobrze.

Nudy u mnie, ale naprawdę, o niczym innym nie marzę, tak bardzo jestem z tymi nudami szczęśliwa. Oby tak zostało. Dziękuję, dear God. Nie było łatwo, ale nie było też jakoś nie wiadomo jak okropnie. Daję radę. I będę dawać. Chciałabym pomagać innym. Powoli już to robię.

Nie umiem już pisać, ale trzeba.

Przyszedł taki czas, że znowu trzeba napisać.

Strasznie rozpierdala mnie to, że tak bardzo już nie mogę z ludźmi. Próbowałam nawet się tu jakoś spotykać, socjalizować, ale kurwa, tak strasznie mnie to męczy, tak bardzo mam to w dupie.

Ze wszystkich osób, które miałam, został mi już tylko Christian. Naprawdę. Wszyscy inni mają mnie w dupie, a w najlepszym razie to ja buduję mur. I nie wiem, jak mój chłopak ze mną wytrzymuje. W ogóle nie mam pojęcia, co on we mnie widzi, dlaczego ze mną jest. No ale jesteśmy razem i w sumie to przecież jest ok. Kiedy nie mam jazd. Ogólnie to jazdy w dużym stopniu i tak pozostają w mojej mądrej głowie, no ale są.

Przeszłość mnie tak cholernie zdefiniowała, że już chyba nie ma odwrotu. Boję się ludzi. Spotkałam tyle skurwysyństwa w swoim życiu – a może to tylko w moim odczuciu? Nie wiem. W każdym razie nigdy nie miałam prawdziwych przyjaciół, nigdy nie byłam dla nikogo numerem jeden, nawet dla rodziny. Christian to chyba pierwsza w moim życiu osoba, którą obchodzę (i to obchodzenie jest normalne, a nie jakieś wymuszone albo chore.)

W sumie to od dwóch lat nie zdarzyło się w moim życiu nic takiego okropnego z tymi ludźmi. Dużo znajomości pogasło, chyba tak to już jest. Ale dużo zdarzeń z przeszłości, czasem sprzed kilku, a czasem kilkunastu lat, ciągle we mnie siedzi. Chyba czas iść do psychologa i jakoś to ogarnąć, bo przynajmniej wiem, co jest nie tak. Ale nie wiem, jak to zmienić. Nie wiem, czy w ogóle jest sens.

Nie no, jest. Brakuje mi przyjaciół, ale tak bardzo już sram na ludzi, że ciężko będzie jakoś kogokolwiek znaleźć. Nie ma dnia, żeby przez moją głowę nie przewinął się chociaż jeden skurwysyn. Cały czas tym wszystkim żyję. A na pewno przecież nie każdy na tym świecie jest podły. Wiele osób, ale nie wszystkie.

Poznałam parę osób, które są w porządku, ale za cholerę nie mam pojęcia, o czym z nimi gadać.

I tak się kiszę ze swoją mądrą głową. Kate. Ona zawsze już tam będzie. W sumie to teraz jest już nawet bardziej ona. Cały ten rok była ona, cały ten rok, jak uciekałam od ludzi ze studiów, jak siadałam sama, jak do nikogo się nie odwracałam, jak jak najszybciej wychodziłam. Kate. Ech.

Jestem tak cholernie zmęczona i tak bardzo się cieszę, że przez półtora dnia nie będę musiała z nikim gadać.

A tak poza tym? Szukam pracy, chodzę na rozmowy, szukamy mieszkania, egzaminy się zdają, bla, bla, bla. Jakoś idzie. Czasem nawet czuję się szczęśliwa, nawet stosunkowo często.

Tylko ci ludzie, qwa, no.

Zmęczona jestem, słaby czas na notkę, ale lepszego w sumie i tak raczej nie będzie. No to piszę.

Miałam napisać w domu, z okazji że Polska i urodziny. Ale zleciało, tak, jak wszystko inne. Czas niesamowicie zapierdala. Zaraz będzie czerwiec. Tu już nawet nie chodzi o to, że zaraz będzie czerwiec, a ja zadaję sobie pytanie „i co zrobiłam do tej pory?” Po prostu przeraża mnie, że czas tak szybko mija. I wszystko minie właśnie tak, całe życie. Masakra.

Żyję w okropnym stresie, znowu (a może i ciągle.) Sama już w zasadzie nie wiem, co mnie aż tak bardzo stresuje. Przecież zawsze jakoś to wszystko było do tej pory, i prawdą jest, że jakoś będzie. A pomimo to, będąc w domu, na urlopie, kiedy to powinnam odpocząć, nie mogłam spać po nocach i płakałam. Bo praca, bo magisterka, bo mieszkanie, bo chuja muja.

A przecież wszystko się układa, Kate. Weź wyluzuj.

Miała być notka urodzinowa, no to piszę. Hm. Rok temu? Chciałabym być w Stuttgarcie, rozwijać się i cieszyć ze studiów. Chciałabym uczyć się hiszpańskiego, a niemiecki ogarnąć już perfekcyjnie. Chciałabym poznać inspirujących mnie ludzi. Chciałabym, żeby on był tam ze mną, żeby nasz związek wyszedł z tej wiejskiej stagnacji, w której w tej chwili trochę się znajduje. Chciałabym za rok o tej porze powiedzieć: ufam temu człowiekowi, kocham go i to on będzie ojcem moich dzieci.
No i co? Dziś na Angewandte Ernährungsmedizin (tak, bo w międzyczasie zmieniłam kierunek studiów, miałam dużo szczęścia, dużo więcej, niż rozumu przy tym, no i oczywiście nie było kiedy napisać…) robiłam sobie krzywą cukrową. O dziewiętnastej mam kurs hiszpańskiego. Koło piątej przyjdzie Christian (bo Christian w międzyczasie też przeprowadził się do Stuttgartu.) O naszych przyszłych dzieciach rozmawialiśmy nawet wczoraj :)

W ogóle związek z Christianem jest super. Cały czas cierpimy przez ten jebany brak czasu i stres, a ja to już w ogóle kiedy mam stany depresyjne, to ciężko mi cokolwiek poczuć. Ale po tygodniu przerwy bardzo stęskniliśmy się za sobą. Czasem do tej pory nie mogę zrozumieć, że on cieszy się na mój widok. Cały czas mam gdzieś z tyłu głowy Radka, który mi opowiada, jak to bardzo sama moja obecność i sam już dźwięk mojego głosu i w ogóle wszystko go we mnie wkurwiało. Ale to wszystko to były chyba też jego własne problemy, a niekoniecznie coś ze mną. W każdym razie Kate, Christian to nie przedłużenie Radka. Na co dzień o tym wiem, ale szybko się zapomina. Ja ogólnie mam tendencję do niskiej samooceny, a ten pierdolony monolog Radusia zostanie we mnie jeszcze na długo, choć minęły już cztery lata. W każdym razie najlepsze, co mi ten człowiek zrobił, to to, że mnie zostawił :) No i to, że w taki czy inny sposób zmusił mnie do powiedzenia prawdy w domu. Chujnia, chujnia do tej pory, ale lepsza taka chujnia, niż to, co było. Wkurwia mnie tylko myśl, że ten człowiek do końca życia będzie mnie uważał za chodzącą depresję i porażkę życiową, a wszystkie moje sukcesy za dzieło albo przypadku, albo coś, na co nie zasłużyłam. Ale niech spierdala. Nie bez powodu odciął się ode mnie na wszystkie możliwe sposoby. Koniec.
Z Christianem jest naprawdę dobrze. Chciałabym się jeszcze bardziej przed nim otworzyć, ale na to trzeba czasu, warunków, a nie stresu i pośpiechu. Mamy czas. Czuję, że go bardzo kocham i fajnie po tygodniu przerwy znów spać z nim jednym łóżku. I fajnie, gdy przez sen jego penis toruje sobie do mnie drogę, i gdy nad ranem, w półśnie, jest tak dobrze.

Wracając do zeszłorocznych postanowień: schudłam, przebiegłam maraton (wprawdzie słabo, bolało, słońce grzało, tętno zapierdalało i w ogóle się nie chciało), ważę 60 kg, ale zrobiłam sporo mięśni. Zaraz zwlokę dupę na trening inaugurujący nową sesję, bo regeneracja po maratonie dawno już została zakończona :) Pisałam już o swoim ciele i cały czas jest ok. Może nawet będzie jeszcze lepiej, ale teraz bardziej skupiam się na tym, żeby być zdrowa, a nie żeby katować się treningami i dietami. W miarę akceptuję siebie, a przecież był czas, kiedy było bardzo źle.

Wszystko ok. Tylko że te dni tak uciekają, ja wykonuję swoje obowiązki, zdaję egzaminy, chodzę na zajęcia, ale jakieś puste to wszystko. Jakoś czuję, że mogłabym więcej.

No ale generalnie to jestem tu, gdzie chciałam być. Wszystkie plany zrealizowane. Jedyne, co nie wypaliło, to z ludźmi. No ok, jest trochę lepiej, na uczelni nawet gadam z niektórymi, ale dalekie to do zajebistości. Ale życie nauczyło już mnie, że nic na siłę. Właśnie. Nic na siłę. To też refleksja po wyjeździe do Polski, tym, i poprzednim. Nie ma co wiecznie naskakiwać ludziom, którzy tak naprawdę mają cię w dupie. Koniec i bomba. Od teraz też już mam w dupie. Szkoda, że chodzi o rodzinę, o Piotrka i Ankę, szkoda, że chodzi o Bartka. I o parę innych osób. Ale życie pokazało już mi, że jak ktoś chce, to będzie chciał. A jak nie, to zawsze będzie tak do dupy. Byłam trochę smutna, ale teraz w zasadzie mam swoje życie. Nie muszę żyć czyimś. Fajnie dojść do takiego wniosku. Fajnie w ogóle móc dojść do takiego wniosku.

Także nie będę naskakiwać ludziom. Po prostu, będę sobą. Jak kogoś to zainteresuje, to fajnie. Jak nie, to chuj. Proste i bezbolesne. Ech.

Jutro idę oglądać mieszkanie. Z jednej strony chciałabym mieszkać z Christianem w przyszłym roku, no ale z nim nic jeszcze nie wiadomo, w sensie gdzie i kiedy będzie pracował, no a ja potrzebuję mieszkania jak najszybciej – żeby nie było znowu tak, jak rok temu. Ciekawe, co z tego wyjdzie i czy to jutrzejsze oglądanie to wstęp do jakiejś nowej życiowej historii. No ale życie już tyle mnie nauczyło, że jakoś nie emocjonuję się zbytnio i nie robię nadziei. Koleżanka z roku, wygląda na miłą. Ale ma też pewnie dużo chętnych na ten pokój, no a ja to ja.

Plany na 2016/17? Zrobić praktyki w szpitalu, najprawdopodobniej w Filderstadt. Zrobić projekt i dostać się na magisterkę u nas w instytucie, jaka by tam nie była. Mieszkać gdzieś w Stuttgarcie, może z tą Sandrą, a może z Christianem. Znaleźć jakąś pracę – może nawet i w zawodzie? Certyfikat z hiszpańskiego no i przede wszystkim cały czas ogarniać zawodowe rzeczy, bo ostatnio średnio to wszystko wygląda. No i fajnie by było w tym 2017 już zostać magistrem. Fajnie by było za rok o tej porze robić już tą magisterkę. Ciekawe, jak to będzie. Oby się udało.

Chciałabym jakoś bardziej się socjalizować i mieć więcej czasu dla Christiana. Ale to przyjdzie. Na razie trzeba skończyć studia i być zdrowym.

Do dupy ta notka, no ale jakoś trzeba.

Dawno nie pisałam, ale jakoś tak nie mogłam się zebrać. A tutaj tymczasem nowa rzeczywistość, zmiany, powolne i mozolne, jak to u mnie, no ale jednak.

Pora na podsumowanie 2015. Ehh. Great expectations. Wielki wyjazd do Niemiec, bilet w jedną stronę. Marzenia o zbudowaniu związku. Marzenia o pójściu na studia. Marzenia o schudnięciu. Marzenia o nowym życiu. Jak to wszystko wyszło w praktyce?

Związek to to, co wyszło najlepiej. Nam. W sumie długo trwało, zanim naprawdę otworzyłam się na niego, odblokowałam uczucia, uwierzyłam, że nie jest skurwysynem. Zanim Kate uwierzyła. Dopiero w listopadzie zdobyłam się na szczerą rozmowę. Szczera rozmowa zostawiła rysę, bo opowiedziałam też o młodym z pracy. Niby nie musiałam, ale no kurwa, musiałam. Teraz to już nieważne.
W każdym razie – Christian to człowiek, na którego tyle lat czekałam. Po wszystkich skurwysyństwach, jakich doświadczyłam, bardzo ciężko mi się z tego cieszyć i bardzo łatwo zapominać, że jest dobrze. Ale jestem naprawdę szczęśliwa – na tyle, na ile rysy, blizny, zgorzknienie i rozczarowanie mi pozwalają. Jesteśmy już ponad rok razem, a nasz związek ciągle się rozwija. I to tak niesamowite, że on jest dobry, że nie jest spierdolony, że nie poniża mnie, nie krytykuje, nie próbuje nigdy udowodnić, że to on ma rację. To takie zajebiste, szanować się nawzajem. Zawsze, wszędzie. Źle mi, i jeszcze długo będę cierpiała, przez całą tą sytuację z młodym, choć działa się tak dawno i tylko i wyłącznie w mojej głowie. Ale teraz już wiem, że nie warto.
Ta jedna rozmowa pokazała mi, że jednak facet może mieć uczucia. Coraz bardziej zbliżamy się do siebie. I ta miłość, choć długo gdzieś tam odstawiona na bok, w wielkim strachu – wychodzi teraz z pewnością. Tak naprawdę to mniej ufam sobie, niż jemu. Ale i tak jest coraz lepiej, z weekendu na weekend, z każdym dniem. I będzie jeszcze lepiej. Jestem szczęściarą. W końcu. Wiadomo, szkoda, że tylu skurwysynów było po drodze. Ale i ja byłam inna. Christian pewnie też był inny. Najlepsze, co można teraz zrobić, to zostawić przeszłość, wyzbyć się tych wszystkich chorych przekonań. Tylko że niektóre są podświadome, to już trudniej.
Ja nawet nie boję się już pomyśleć, że on będzie ojcem moich dzieci. I wcale jakoś nie czekam kurczowo na to wszystko. Jest naprawdę ok. Jest tak bardzo dobrze.

Robiłam treningi, trzymałam dietę, bulimia is not a case anymore. Ważę 60 kg. Czuję się ze swoim ciałem może jeszcze nie idealnie, ale na pewno normalnie. Nie wstydzę się siebie, ani na ulicy, ani w łóżku. To była długa droga. Dzięki powrotowi na studia przestawiłam z powrotem myślenie – z chudnięcia na zdrowy styl życia. Mam tylko jedno ciało, nie będę miała innego. Jest domem dla mojej mądrej głowy. Trzeba o nie dbać, to ważne. No nie jest łatwo, bo sterydy, bo brzuch. Ale wytrwałość się opłaciła. Wyglądam w porządku. A był przecież czas, że w ogóle nie wierzyłam, że uda mi się schudnąć. Fuck, ale to kiedyś było niesamowicie ważne. Było ważniejsze, niż wszystko inne. Wydawało mi się, że bez ciała nie osiągnę niczego. W zasadzie, to uważam tak do dziś. W każdym razie, po krótkiej świątecznej przerwie (bez binge i bulimii, to już drugie takie święta z rzędu! :) ), teraz wielki powrót do treningów i nowe cele. Maratonu się nie udało w zeszłym roku, za dużo chorowania i stresu. Ale uda się w tym. I uda się zajebiście – bo on będzie czekał. To będzie tak zajebiste, pobiec i myśleć przez czterdzieści dwa kilometry, że on tam będzie. Zupełnie inaczej, niż bieganie z depresją i chęcią tylko i wyłącznie przezwyciężenia swoich własnych słabości. Takiego biegania już nie chcę. Będzie lepsze.

Studia? Ano, właśnie, ani słowa, odkąd wyjechałam do Stuttgartu. Generalnie nigdy nie wiodło mi się lepiej, niż tutaj. Mam bardzo wychillowaną pracę, zarabiam więcej, niż moi rodzice razem wzięci, nie muszę płacić czynszu, nakupowałam sobie smartfonów, ipodów, drukarek, książek, mikserów, a pomimo to ciągle mam hajs, i to naprawdę dużo. Kierownik jest bardzo fajnym chłopakiem i w ogóle nie mam z nim żadnego stresu ani napięcia. To chyba nagroda za ciocię Halinkę i Big Johna. Nie muszę płacić za czynsz, a mieszkam w samym centrum miasta w super warunkach. No ale pomimo to początek był ciężki, bo moja mądra głowa. Bo mam mega kompleks bycia z Polski – ale powoli już on znika. Początek na studiach był masakryczny, bywały wykłady, po których, jadąc do domu, płakałam przez całą drogę, bo nic nie zrozumiałam. No ale zdałam pierwsze dwa egzaminy, nienajlepiej, ale też nienajgorzej, no i jest progres. Powoli zaczynam uczyć się prawdziwego studiowania, bo to, co było w Polsce, to niestety o dupę potłuc. Mój jedyny problem to to, że strasznie jestem zamknięta na ludzi i osiąga to już przejebane rozmiary. No ale co tu się dziwić, z takimi doświadczeniami i z taką mądrą głową. Nie wiem, o czym mogłabym rozmawiać z większością z tych ludzi. W sensie, ludzie są normalni, jak wszędzie. Ale jakoś nie i chuj. Po prostu. Nie i chuj. Tak jakoś mi się życie układało z tymi ludźmi i ciężko będzie to już wyprostować. W każdym razie, po trzech modułach w miarę się ogarnęłam i mam jako taki pomysł na siebie, jeśli uda mi się jeszcze zmienić kierunek i olaboga. A nawet, jak się nie uda, to coś wymyślę. Przede mną przejebany moduł, no ale to już ostatni w tym semestrze, jakoś przeżyję. A nawet nie jakoś, tylko po prostu trzeba się wziąć do roboty i będzie ok.

Wnioski z 2015? Praca w szpitalu mnie trochę rozjebała, to było smutne zobaczyć, jak bardzo fałszywi są ludzie względem siebie. I niekoniecznie fajnie było być najsłabszym ogniwem, podczas gdy miałam przecież skończone dwa uniwersytety. Ale nieważne, było, minęło. Myślałam, że będę tęsknić za tymi czasami, ale jakoś wcale.

Plany na 2016? Związek do przodu, ale jeśli tylko Christian wyląduje gdzieś tutaj, to nastąpi to samoistnie. A nawet, jak nie wyląduje w tym semestrze,to w kolejnym. Więc związek. Potem wiadomo, dalej treningi, marzę o 57 kg, ale jak to w praktyce wyjdzie, to nie wiadomo. Studia przede wszystkim w tym roku, naprawdę wziąć się do roboty i zacząć coś sobą prezentować. Myślę, że skupię się na żywieniu w onkologii, do tego dojdzie jeszcze sztuczne żywienie, chirurgia i otyłość. Dam radę. W maju maraton, i może we wrześniu, zobaczymy. Na razie to w ogóle znowu zacząć biegać.

Otworzyć się na ludzi, kurwa, no. Bo to, jak żyję teraz, to niezdrowe jest.

Za rok o tej porze? Zdać właśnie jakiś egzamin z żywienia klinicznego. Mieszkać razem z Christianem w jakimś fajnym mieszkanku. Cieszyć się życiem i mieć więcej takich miłych wspomnień, jak Sylwester u znajomych Christiana – to wszystko było takie spoko, takie normalne. Odwykłam już od normalności, nauczyłam się patrzeć bykiem, oceniać i pogardzać. Tak, motto 2016 to będzie normalność.

Jest ok. Jestem w miarę zdrowa (choć sobie wkręcam, wiadomo), finansowo tak mi dobrze, jak nigdy dotąd. Studia idą do przodu. Christian to w ogóle super. Trochę brakuje przyjaciół, ale już nawet nie bezpośrednio. Pośrednio. Może powinnam się otworzyć na ludzi, ale w sumie to jestem już tak bardzo zmęczona, że nawet mi się nie chce.

To tak zajebiste, że nie wiem, co będzie za rok. Ale żyjąc w państwie, które staje się coraz mniej bezpieczne, i mając świadomość, ze zagrożenia, które do tej pory znałam tylko z telewizji, dotarły i do mojego miasta, trochę się martwię o tą przyszłość. Po studiach wynoszę się ze Stuttgartu, to pewne. Ale o tym kiedy indziej. Na dziś wystarczy.

Notka z Warszawy

Brak komentarzy

Och, przyjazd do  Polski dobrze mi zrobił.

Pięć dni w domu. Rodzice, Żoana, Bartek. Wspólne gotowanie, spacery, ognisko w lesie. Woda pierrot, którą pan rozwozi co czwartek. Już teraz mam łzy w oczach, gdy o tym wszystkim pomyślę. To były bardzo dobre dni.

Potem Lublin. Wieczór z Domsą i absolutny brak ochoty na spotkanie z Magdą. Jakoś tak. Szkoda. W każdym razie, tak mi dobrze było w tym Lublinie. Zawsze, gdy tam wracam, dociera do mnie na nowo, że osiągnęłam swoje cele. I że było warto.

Szłam Chopina i Narutowicza, ulicami, po których dziesięć lat temu chodziła piętnastoletnia Ozzy. Nie była to łatwa droga, nigdy.

Dotarło do mnie, jak wielu chujowych ludzi poznałam. Może zbyt wielu. Albo zbyt mało fajnych. Albo po prostu tak musiało być.

Wiadomo, szkoda mi siebie. Ale nie ma też co się tak nad sobą rozczulać. Tyle ogarnęłam, i będzie jeszcze więcej.

Teraz piszę notkę z Warszawy. Jestem tu od wczoraj. Szłam trochę zestresowana, ale było ok. Zuzia już tak ładnie mówi, jest taka grzeczna i mądra. Cieszyła się z mojego prezentu i bawiła nim długo. Jej brat jest zdrowym niemowlakiem i nie płacze za dużo. Ale dwójka dzieci to już niezła zabawa. Sama dziś się zmeczyłam.
A z drugiej strony wiem, że mój czas też przyjdzie. I chciałabym, żeby ojcem moich dzieci był Christian. Bylibyśmy dobrą rodziną. Będziemy.

Za tydzień o tej porze będę już w Stuttgarcie, w zupełnie nowej rzeczywistości. Będę bardzo tęsknić za Polską. Ale tutaj też nie byłoby mi najlżej, mieszkałam tu przecież ponad dwadzieścia lat i wcale nie byłam szczęśliwa. Najlepszy okres mojego życia nadszedł chyba właśnie ostatnio. Byleby tylko było zdrowie. Reszta się ogarnie.

Dziękuję, dear God. Cały czas Ci ufam. Czasem na chwilkę wątpię, ale przecież tak naprawdę jest mega.

Jest we mnie na pewno dużo więcej spokoju.

A teraz spać. Fuck, wpół do dziesiątej ;)

Ostatni dzień w klinice, za trzy godziny wyprowadzam się już zupełnie.

Siedzę w mocno ogołoconym pokoju, Christian zabrał większość rzeczy w niedzielę, ale trochę jeszcze zostało. Dziś okazało się, że trochę więcej, niż trochę, no ale może jakoś się dotoczę do przystanku autobusowego. Oczywiście jeszcze nie wszystko spakowane – bo jeszcze czas, ano, jak zawsze.

Od wczoraj, czyli odkąd w zasadzie już nie pracuję, moje samopoczucie znacznie się poprawiło. Zniknął stres i w ogóle wiele gówna. I bardzo dobrze. Teraz do niedzieli u niego, a potem dwa tygodnie w Polsce. A potem kolejny (który to już?) rozdział życia.

Christian dał mi do zrozumienia, że strasznie dużo tego płaczu ostatnio, i stresu, i złych nastrojów. Przejęłam się – wiadomo, pierwsze, co przyszło do głowy, to Radek. No ale teraz już mi lepiej. Ja strasznie łatwo wątpię w siebie. Gdy nie czuję się pewnie, to dzieją się takie rzeczy, jak właśnie ostatnio.

Te dziewięć miesięcy? Schudłam. To był naprawdę rygor: klinika-trening-klinika-spanie. Dieta. Od dwóch miesięcy w zasadzie dieta kuleje, treningi też – bo choroba – ale ogólnie jest ok. No i praca. Zobaczyłam, jak jest fajnie, kiedy pilnie pracujesz i kiedy inni to widzą i doceniają (a nie jak na pierdolonym campie.) Było też kilka przykrych sytuacji, najgorsza z nich to chyba „ihre Frechkeit”. Ale to nie jest takie ważne. Złapałam trochę kontaktów, dostanę kolejne niemieckie świadectwo pracy. Zobaczyłam, jaka to masakra, gdy ktoś jest otyły na starość. Zobaczyłam, jaka to jeszcze większa masakra, gdy ktoś jest na starość samotny. Dlatego zdrowie i rodzina to dla mnie dwie największe wartości i absolutna podstawa. Każdy życiowy etap tylko mnie w tym utwierdza.

Teraz Stuttgart. To będzie ciekawy rok. Mam mieszkanie i pracę od razu, będę mieszkać z chłopakiem, studentem, który ma zanik mięśni i zajmować się nim. Na początku się wahałam, ale potem dotarło do mnie, że znalezienie mieszkanie w Stuttgarcie jest w tej chwili absolutnie niemożliwe, że nie będę musiała zapłacić ani kaucji, ani potem czynszu, a jak już uświadomiłam sobie, że co miesiąc na konto będzie mi wpływać 1200 euro, no to już byłam w miarę przekonana.

A potem stwierdziłam, że no kurwa. Ktoś jest niepełnosprawny, ale pomimo to nie zamyka się, ma chęć do życia. Podziwiam to i pomogę mu w tym. A jeśli w dodatku Sozialamt ma mi za to płacić, to będzie mi bardzo miło. W każdym razie potraktuję to zajęcie jako wyzwanie, a nie uciemiężenie. Rok bez urlopu, rok odpowiedzialności, mycia, gotowania, wstawania w nocy, pakowania plecaka i wysyłania na uczelnię lub do pracy. Jak z dzieckiem. Ale coś czuję, że mam taki obowiązek. Tak sama z siebie. I dam radę. I dziękuję, Dear God, że nade mną cały czas czuwasz, chociaż ja tak często wątpię.

Plany? Dalej dieta i treningi, doprowadzenie swojego ciała do stanu, w którym spojrzę w lustro i powiem „wow, zajebiście”. Jestem już na bardzo dobrej drodze, choć od paru dni notorycznie się przejadam, bo a to urodziny, a to pożegnania, a to tamto. Ale teraz już powoli powrót do normalnego jedzenia i treningów.

Oczywiście ogarnianie studiów, plus może te dwa UniCerty, jeśli czas pozwoli. Życie towarzyskie raczej będzie marne, no ale nieważne, w sumie mi zawsze się tak wszystko układało, że za dużo miejsca na socjalizowanie się jakoś nie było.

Zaoszczędzić 10 000 euro, żeby mieć na semestr w Anglii za rok.

I chyba najważniejszy i najtrudniejszy cel – nauczyć cieszyć się życiem, tym, co mam. Bo przecież jest tak dobrze. Przepracowałam rok w Niemczech, będę pracować dalej i nie dość, że będę finansowo niezależna, to jeszcze sporo uda mi się (miejmy nadzieję) zaoszczędzić tak, żeby starczyło do końca studiów i nawet żebym mogła sobie pozwalać od czasu do czasu na szaleństwa typu szalik za 40 euro. Wow, będę mogła też kupować książki. Wow. Wow. Mam Christiana. Teraz będzie trochę trudno dbać o ten związek, ale zobaczymy. Różnie to z nim. Czasem, gdy mam jazdy, to wydaje mi się, że wszystko to bez sensu. Innym razem myślę, że się razem zestarzejemy. Nie wiem. W każdym razie przestanę być taką zestresowaną i chorowitą beksą, bo to nie tędy droga. Już za bardzo przyzwyczaił się, że słabo sobie radzę. To kurwa trzeba zacząć radzić sobie niesłabo. Kate, ogarnij się. Osiągnęłaś wszystkie swoje cele, i idziesz dalej i dalej.

I chyba właśnie o to chodzi w życiu – w tym takim pełnym, świadomym – że nigdy nie ma takiego momentu, w którym poczujesz „oooh, to już to, już mam dość”. Nie. Przynajmniej nie ja. Moje życie to taka droga, ja ciągle chcę dalej, i więcej, i trudniej. Biegłam, biegnę i będę biec. Czasem strasznie się łamię i są takie akcje, jak w sierpniu. Ale potem przychodzi sukces i level się saveuje. Panie Boże, dziękuję Ci za kolejny.

No nic, pora kończyć i pakować resztę gratów. W sumie nie zostało mi już dużo, no ale jakoś wypadałoby to ogarnąć.

Fuj, ale jestem przejedzona, a najlepsze jest to, że ani to bulimiczne, ani w sumie nie wpierdalałam jakoś nie wiadomo jak. Czyli że może już nawet nie jestem aż tak zaburzona. Super duper. Idę.

well. love is the answer

Brak komentarzy

Nie no, trzeba coś w końcu napisać :)

Dziś mija rok, odkąd… no właśnie. Nie powiedziałabym wtedy, że za rok o tej porze będziemy się pakować na wakacje we Francji. Wielu rzeczy bym nie powiedziała. Miałam przecież jechać do Kanady. A tu trafił mi się facet, praca i w pakiecie jeszcze studia.

Brzmi to wszystko pięknie, ale wiadomo, rzeczywistość jest trochę bardziej szara. Przez cały rok mieliśmy bardzo, bardzo mało spokoju i czasu dla siebie. To znaczy ja miałam czasu aż za dużo, on za to nic. Rozumiem to, no ale nie zmienia to faktu, że siedzenie całymi dniami samej, nie ważne czy u mnie czy u niego, nie wpłynęło za dobrze na moją mądrą głowę.

Do dziś nie jestem do końca pewna moich uczuć. Czasem wydaje mi się, że to najlepszy facet na świecie, ten, dla którego przepierdoliłam się przez dżunglę z kolczastym drutem, bagna, rzeki i góry. Innym razem mam wrażenie, że on po prostu wpasował się w chwilę. Że osoba taka, jak ja, tak bardzo łaknąca uczucia, ciepła, bycia pokochaną, po prostu bierze, co wpada.

Zabrakło paru poważnych rozmów, a czas płynie, teraz trochę nie wiadomo, jak zacząć. A może to znak, że przeszłość to przeszłość. Że trzeba to zostawić i iść do przodu. (Z głośników Erykah, Didn’t cha know.) Ale ja potrzebuję, ja tak bardzo potrzebuję, żeby on jednak wiedział. Żeby potem mnie przytulił i powiedział „jesteś niesamowita.”

Mamy miesiąc. Jeśli pojadę do Polski, to może dwa tygodnie. Potem wyprowadzam się do Stuttgartu, choć jeszcze nie mam mieszkania. I potem znowu nie będzie czasu. Więc chyba teraz musi nadejść ten moment, żeby trochę wszystko ogarnąć. Ehh.

Co do Stuttgartu, to nic w zasadzie jeszcze nie jest czarno na białym. Od miesiąca czekam na zaświadczenie o immatrykulacji. Nie mam mieszkania, bo ci w akademikach też się jakoś za bardzo nie śpieszą. A zaraz przecież październik. Ale nic. Dear God, ufam Ci. Jakoś to będzie. Miałam do tej pory tyle szczęścia tutaj, wszystko się jakoś poukładało.

Gorzej, że nie mam pieniędzy. Żadne niemieckie świadczenia mi nie przysługują. No nic, sama chciałam studiów. Na marzenia trzeba pracować. Pójdę do pracy, jakoś to będzie. Ufam. Ufam.

Całe wakacje byłam chora, a w sierpniu rozłożyło mnie już na dobre. Zero treningów, ból, strach że odporność siadła już całkiem. No ale jakoś wylizałam się. I schudłam, chociaż trzy tygodnie leżałam na dupie. Ważę 60-61 kg. Jest naprawdę ok, był to niby mój cel, no ale teraz chcę dalej ;) W każdym razie nie mam już kompleksów, ani trochę. Choroba to była nauczka – za bardzo chciałam schudnąć, za dużo treningów, za mało odpoczynku. Organizm był wycieńczony, plus jeszcze praca i stres w związku ze studiami. Muszę dbać o siebie. Ale teraz już się postaram. Zostało mi już tylko rzeźbienie i szlifowanie, więc nie ma co się katować.

Rozmyślałam przecież jakiś czas temu, że jak to tak, już wszystko załatwione. Studia, związek, wszystko ot, tak. Za nudno by było. Trzeba wyzwań. Choć w sumie nie wiem, czy aż tak bardzo ich teraz jeszcze potrzebuję. W każdym razie będę się musiała trochę pogimnastykować, żeby przeżyć na tych studiach. Ten rok bardzo mnie rozleniwił. A może po prostu dość już było kombinowania w moim życiu. Może powoli przychodzi czas, w którym naprawdę potrzebuję świętego spokoju. Problem w tym, że wkraczając w dorosłe życie, ze świętym spokojem trzeba się właśnie pożegnać. Ehh.

Dear god, ale ja dziękuję za ten level. Jestem na tych studiach. Proszę tylko o mieszkanie i pracę. Resztę zrobię już sama, jeśli tylko będę zdrowa.

I w ogóle dochodzę do wniosku, że lekarstwem na wszystkie moje depresje, niepewności i inne takie sprawy, których ostatnio było bardzo dużo, jest po prostu miłość. I poczucie bezpieczeństwa. I ciepło. I potrzebuję level więcej. I jakoś muszę to oznajmić. Ale wiem, że będzie dobrze. Oby.


  • RSS